O tym jak chciałem dostać się do boliwijskiego pierdla

Szperając po stronach internetowych, przypadkowo znalazłem informacje, że w La Paz – stolicy Boliwii – można nielegalnie zwiedzać więzienie. Oczywiście za stosowną opłatą. Dowiedziałem się również, że w więzieniu przebywa jeden polak – Krzysztof.

25 luty 2015.

Dzisiaj rano stoję pod więziennymi murami. Strażnik od razu zauważył, że w kolejce stoi jeden gringo. Przepuścił wszystkich innych i zostawił mnie ostatniego. Wiedziałem o co chodzi – nie wypada przecież dawać w łapę przy innych ludziach.

– Dzień Dobry! Chciałem odwiedzić kolegę, Polaka, ma na imię Krzysztof – W sali słychać pytania między strażnikami, czy znają Polaka Krzysztofa.

– a jak się nazywa Krzysztof? – Nie wiedziałem jak się nazywa, ale twardo gram na pewniaka.

– Krzysztof Nowak. A nóż się uda – myślę. I zapisuję zgodnie z poleceniem nazwisko na kartce papieru.

Na moje nieszczęście, strażnik wyjął książkę z nazwiskami osadzonych i szuka „Krzysztof Nowak”. Kątem oka szukam, czy jest inny Krzysztof, o polsko brzmiącym nazwisku.

– Nie ma takiego. A może wyszedł na wolność?
– Moi znajomi powiedzieli mi, że powinien być tutaj w więzieniu – tak naprawdę informacje o tym miałem sprzed dwóch lat.
Strażnicy mówią, że nie ma tu takiego Krzysztofa. A ja dalej w zaparte:
– a może są tu jacyś inni Polacy?

Strażnicy rozglądają się po sobie i przecząco kiwają głową.

Kiedy skończyły mi się argumenty, kazałem strażnikowi jeszcze raz dokładnie zobaczyć na mój paszport. Był tam ostatni argument, który pozwoliłby mi wejść do więzienia.

Kiedy strażnik znalazł ów argument, zaśmiał się głośno, powiedział „no excursión” i pomachał na pożegnanie.

No cóż, nie tym razem.